Tropikalna przygoda cz. 4

Rozdział VI

Całe opowiadanie jest tylko literacką fikcją i moją fantazją, ale… zastanawiam się, ilu z nas, facetów, nie marzyłaby się taka właśnie przygoda – zatem miłego czytania…

Mijały kolejne dni i tygodnie podobne do siebie jak dwie krople wody: napój, obchód wioski i pól, dupczenie każdej nadstawiającej się cipki, „nicnierobienie” przed chatą (no, pomijam bałwochwalcze całowanie w kutasa i przykładanie go do czoła), parokrotne zanurzenie kutasa w cipce jakiejś przechodzącej obok nas kobiety… Jednym słowem „owa wioskowa codzienność i proza tutejszego życia”. I nic nie zapowiadało tragicznych wydarzeń, które nastąpiły wkrótce.

Pewnego dnia wódz podczas swojego codziennego obchodu „włości” miał wypadek. Poszedł na ten rekonesans beze mnie, jedynie z nieodłączną świtą „ochroniarek”. I kiedy „doglądał” w polu kobiet (ładne mi doglądanie, skoro niepisanym rytuałem było „zaliczenie” kilkunastu ociekających śluzem, chętnych i wypiętych cipek pośród pracujących w polu kobiet), przez owo pole przebiegło w popłochu stado oszalałych bawołów. I to tak nieszczęśliwie, że stratowały kilka kobiet oraz na nieszczęście wioski – także i wodza. Kiedy przyniesiono ich do wioski jeszcze niektóre jeszcze żyły, wódz także. Ale jedno spojrzenie na niego wieszczyło jego rychłą śmierć. Męczył się biedaczysko jeszcze parę godzin, mimo usilnych starań Mguwy, która odczyniała nad nim swoje uroki i poiła go różnymi miksturami. Trudno jest przeżyć po tylu urazach wewnętrznych, których doznał podczas tratowania go przez oszalałe stado.

Cała wioska była pogrążona w żalu po stracie „swojego wodza”. Wieczorem odbyła się stypa, ale nietypowa jak na nasze europejskie zapatrywania i standardy. Było wielkie ognisko, było picie owego napoju, były wyuzdane tańce… wyglądało to jakby ci ludzie cieszyli się, że ktoś umarł. Spytałem Kupindę o to. Odpowiedziała mi, że:

– Wiesz, my inaczej patrzymy na śmierć, ona towarzyszy nam ciągle i wszędzie… nie znamy przecież godziny naszej śmierci ani tego, co nam przyniesie jutro – po prostu żyjemy CHWILĄ.

– No niby racja, ale te tańce, zabawa i orgie przy ognisku?

– Przecież wódz przeniósł się do szczęśliwej krainy, więc my radujemy się z tego faktu, że tam będzie mu równie dobrze, jak i tutaj w wiosce.

Cóż, co kraj to obyczaj. Przecież nie tylko tutaj ceremonia pogrzebowa nie wygląda jak Europie na smutną i przygnębiającą, w innych krajach też, zatem i ja poddałem się temu radosnemu nastrojowi i popijając ów napój wyruchałem parę nadstawionych chętnych cipek, wpuszczając do każdej z nich po porcji spermy. Kupinda asystowała mi przy tym, zachęcając do penetracji jak największej ich liczby… i gdyby tylko siły pozwoliły przerżnąłbym wszystkie kobiety w wiosce.

W połowie „zabawy” parę kobiet wniosło na prowizorycznych marach nieżywego wodza. Obeszły z nim parę razy wokół ogniska, a wszystkie kobiety stojące okręgiem wokół ogniska, po raz ostatni głaskały i całowały kutasa wodza, który o dziwo nadal był we wzwodzie i sterczał ponad leżącym ciałem. Kiedy już wszystkie kobiety pożegnały wodza i jego kutasa podeszła do niego Mguwa i kazała położyć go na przygotowanym stosie drewna. Sama podeszła do niego, ucałowała wodzowego kutasa i przytknęła czoło do niego. Stojąca obok kobieta podała jej nóż. Mguwa zręcznymi ruchami odpreparowała wodzowego kutasa od reszty ciała. Przeszły mnie ciarki na ten widok, ale nie wiedziałem, jak na coś takiego zareagować, a nie chciałem się mieszać w ich tradycję czy ceremonię. Mguwa uniosła rękę do góry i pokazała wszystkim kobietom trzymanego w dłoni odciętego kutasa wodza. Kobiety zawyły bolesnym skowytem – jakaś epoka skończyła się dla nich wraz ze śmiercią wodza – tupiąc przy tym rytmicznie. Spomiędzy palców Mguwy wystawał trzon kutasa z odsłoniętym nabrzmiałym łbem, a z przeciwnej strony zwisał worek z jajami. Włożyła go do podanego przez jedną z kobiet szklanego (skąd one go wzięły?) słoja wypełnionego półprzezroczystym płynem. Podniosła słój w górę… Kutas wodza nadal był nabrzmiały, sterczący, zdobny u nasady w wielki wór z jądrami. Na logikę powinien być sflaczały i zmarniały – jednak nie był. Czyżby Mguwa miała jakiś sekretny sposób na zachowanie tego „okazu” w pełnej gotowości? Nie miałem głowy do dociekania tego w tej chwili, bo Mguwa podeszła z tym słojem do mnie i powiedziała:

– Nie żyje wódz… teraz ty być wódz, a to być twój talizman… ty być jego następca, to być jego życzenie i prośba… ja tobie dawać go… ty pilnować go i chronić, bo wódz być wielki człowiek i on szanować ciebie i wiele miesięcy wcześniej mówić mi, żeby ty być jego następca kiedy on umierać… – i podała mi słój.

Rad nierad wziąłem go od niej. Uniosłem go oburącz w górę i głośno powiedziałem:

– Wodzu, dziękuję ci za zaufanie i obiecuję ci być godnym twoim następcą, i dbać o wszystkie kobiety w wiosce…

Zgromadzone wokół kobiety wzniosły gromki okrzyk radości, a i tupaniu i klaskaniu nie było końca. Dostałem także „spadku” po wodzu jego miotełkę i naszyjnik, z którym nigdy się nie rozstawał. Zostałem poprowadzony przez Mguwę do „tronu”, na którym zawsze podczas uroczystości czy ceremonii wioskowych zasiadał, podano mi czarkę pełną owego napoju, po bokach przysiadły cztery kobiety, których zadaniem było czuwanie nad bezpieczeństwem i zaspokajaniem wszelakich potrzeb wodza.

Mguwa tymczasem skinęła na kobiety nadal stojące obok leżącego na marach wodza. Wszystkie podeszły do płonącego ogniska i każda z nich wzięła płonące polano, podeszły do stosu i równocześnie przytknęły palące się polana ze wszystkich stron. Po chwili cały stos płonął potężnym płomieniem a w powietrzu zaczął rozchodzić się smród palonego ciała. Kobiety zatańczyły wokół spalanego wodza po raz ostatni, żegnając się z nim na zawsze. Jeszcze parę godzin dokładano do ogniska drewno i podsycano ogień, tak aby ciało wodza całkowicie spłonęło. Zajmowały się tym wyznaczone kobiety.

Pozostała część kobiet powróciła do zabawy, picia napoju, wzajemnych lesbijskich pieszczot, niektóre podchodziły do mnie i ssały mojego kutasa parę chwil, odwracały się tyłem do mnie lub okrakiem nadziewały się na mojego sterczącego kutasa, by po chwili powrócić do tańców wokół ogniska.

W wiosce pojawili się także mężczyźni z pobliskiej wioski – wieści szybko się rozchodzą w tym plotkarskim kraju – żeby także uczestniczyć w stypie ku czci starego wodza. A kiedy okazało się, że to ja zostałem nowym wodzem wioski kobiet, wódz wioski mężczyzn podszedł do mnie, przyklęknął, przyłożył sobie do czoła mojego stojącego kutasa, ucałował go w czubek i nagle… wziął go do ust i zaczął mi go ssać. W pierwszym odruchu chciałem odepchnąć ręką jego głowę z mojego penisa, ale Kupinda uprzedziła mój ruch, szepcząc mi do ucha, że „to jest część tradycji i okazywanie mi wielkiego szacunku jako nowemu wodzowi”, a także „jeśli zechcę to mogę mu się spuścić do ust pokazując mu tym samym moją władzę nad nim i akceptując jego przywództwo w jego wiosce”. Chociaż już dzisiaj „zaliczyłem” parę cipek obdarowując je moją spermą, to jego ssanie spowodowało nowy napływ spermy. Mguwa tymczasem dopadła się do wodza facetów i od tyłu zaczęła go najnormalniej „doić”… wcześniej miała rękę wysmarowaną jakimś olejem, tak ze teraz jego kutas świecił się w płomieniach ogniska jak świeżo polakierowana noga od stołu. Zaganiacza miał przecież niezgorszego. Mguwa z całych sił ciągnęła jego kutasa w kierunku ziemi, by po chwili zedrzeć z niego cały napletek aż do połowy trzonu. Wódz stękał, ale nijak nie mógł się wyrwać od tej zabawy jaką podjęła się czynić Mguwa. d**gą ręką ściskała go co chwilkę mocno za jądra, tak że chwilami wódz zaciskał zęby na moim ssanym przez niego kutasie. Obserwowałem to ze spokojem wiedząc, że Mguwa nie odpuści wodzowi aż do czasu, kiedy ten spuści się. Wódz tymczasem już kilka minut ssał i lizał mi kutasa oraz jądra, a ja czułem, że zbliża się moment, kiedy wytrysnę spermą. I tak też się stało – strzeliłem mu nią w głąb ust. Wódz męskiej wioski chyba spodziewał się tego i oczekiwał tego… sam właśnie strzelił porcją spermy utoczoną przez Mguwę oblepiając nią moje stopy… a teraz łapczywie łykał każdą wlewaną przeze mnie porcję spermy do jego ust. Na koniec oblizał mi kutasa bardzo dokładnie, ponownie przytknął czoło do niego i ucałował koniec nabrzmiałego łba. Pokłonił mi się po trzykroć i tyłem zaczął wycofywać się na swoje miejsce.

Mguwa widząc to pokiwała z uznaniem głową na znak, że sprawiłem się jako nowy wódz naszej wioski. Kupinda zresztą też nie omieszkała szepnąć, że „jestem godnym następcą wodza a jej ojca”.

***

Mijały mi kolejne dni i tygodnie na „wodzowaniu” – podobne do siebie jak dwie krople wody: obchód wioski, przyjmowanie okazywania szacunku ze strony wioskowych kobiet, wydupczenie kilku kobiet, które miały na to nieodpartą ochotę, doglądanie kobiet pracujących w polu i tych, które niańczyły dzieci spłodzone ze mną.

Martwiło mnie jednak ich ubóstwo, żeby nie powiedzieć nędza panująca w wiosce: wiadomo afrykańska aura nie sprzyja obfitym plonom, a i samo jedzenie było nad wyraz monotonne. Jednak żaden pomysł nie przychodził mi do głowy, bo chciałem zachować ten niepowtarzalny koloryt wioski, a przede wszystkim nie chciałem zmieniać ich natury i zachowań. Z pomocą przyszedł mi przypadek.

Pewnego dnia dotarł do wioski posłaniec w miasteczka, z którego mnie kiedyś porwano tutaj, z przesyłką dla mnie. To był list od mojego najlepszego kolegi z mojego miasta. To ten, któremu podarowałem na pamiątkę buteleczkę owego wioskowego napoju. Pisał w liście, że jego życie seksualne to jedno pasmo sukcesów, żadna z kobiet nie opierała się jego wydolności i uporczywości w dupczeniu jej. Rozniosło się to po okolicy, jaki to z niego donżuan, no i kiedyś zdradził swoją tajemnicę innemu koledze oraz opowiedział o moim przypadku. Koleś napalił się na to i nagabywał go, że on także chciałby zaznać takich „przyjemności”, i że jest gotów za to dobrze zapłacić. I tu wpadł mi pomysł: a może by tak zorganizować seks-turystykę do mojej wioski (ha ha już uważam tę wioskę za moją, no ładne kwiatki) – faceci byliby zadowoleni, kobiety wioskowe wydupczone na wszelkie możliwe sposoby, a ja miałbym więcej czasu dla Kupindy i ulubionych przeze mnie kobiet w wiosce. Spytałem się Kupindy o jej zdanie na ten temat, tłumacząc jak miałoby to wyglądać w praktyce.

– Wiesz, myślę, że to dobry pomysł – powiedziała po chwili dłuższego zastanowienia. – Kobiety byłyby zadowolone, wioska miałaby pieniądze na zakup leków i potrzebnych rzeczy, i tak w ogóle…

– Ale – wtrąciłem – czy nie zniszczymy tym sposobem naszego trybu życia i tego spokoju jaki tu teraz panuje.

– Jak to wszystko dobrze obmyślimy, to chyba znajdziemy sposób.

Po wielu naradach z Kupindą i Mguwą zdecydowaliśmy się, że zaprosimy do wioski najwyżej trzech mężczyzn, do których ja będę miał zaufanie – oczywiście za odpowiednio wysoką zapłatę, która umożliwi wiosce złagodzenie problemów i niedostatku.

Napisałem do mojego kolegi, że wioska zgadza się na trójkę facetów, ale to naprawdę zaufanych, sprawdzonych, po badaniach i jeśli takich znajdzie, to przyjmiemy ich i doświadczą nowych wrażeń w wiosce ciągle chętnych na seks kobiet. Poprosiłem go także o jak najszybsze przesłanie do mnie zestawu do komunikowania się z nim (czyli telefonu satelitarnego wraz z panelami słonecznymi i jakimś małym akumulatorem). Po trzech tygodniach pojawił się w wiosce posłaniec z pakunkiem, w którym oprócz zamówionych przeze mnie sprzętów, był także list, w którym kolega pisał, że znalazł takich facetów, ale jest jeszcze jeden, kolega-gej, który jakimś sposobem dowiedział się, że jest także wioska samych facetów, którzy dupczą się ze sobą i dają się dupczyć…

Po naradzie z Kupindą i wodzem wioski mężczyzn zadzwoniłem do kolegi z informacją, że wioska zgadza się na geja także i że mogą przyjeżdżać. Uzgodniliśmy cenę i podałem mu listę towarów, które mają ze sobą przywieźć oraz inne szczegóły ich pobytu.

W wiosce rozniosła się wieść, że pojawią się inni mężczyźni, znajomi ich wodza i widać było pewne ożywienie i podniecenie w oczekiwaniu na gości. Ten dzień nieuchronnie nadchodził.

Moja wioska oczekiwała gości. Sam także byłem ciekaw, kogóż mój kolega ze sobą przywiezie. Czekaliśmy na nich – ja siedziałem na miejscu wodza, obok mnie moja Kupinda, a w pobliżu czaiła się Mguwa ze swoimi przybocznymi. Posłanka-zwiadowiec przybiegła do mnie z wiadomością, że za parę minut dotrą do wioski. Faktycznie, pojawili się zza zakrętu – szli nadzy, prowadzeni przez mojego posłańca, jedną ze starszych wioski, grubą, z ogromnym biustem kobietę, która miała także niesamowicie wielkie wargi sromowe, tak że gdy kroczyła przed mini, one bezwstydnie majtały się między jej grubymi udami. Na udach widać było także strużki śluzu, który obficie wypływał z jej pojemnej pizdy. Specjalnie wysłałem tę kobietę, bo chciałem zobaczyć, jak na nich zadziała widok wiecznie podnieconego babsztyla z wielgaśnymi wargami. Od przodu widać było także jej wystającą spomiędzy nich ogromną łechtaczkę.

I nie zawiodłem się w moich domysłach: za wyjątkiem jednego faceta pozostałym kutasy były w półwzwodzie i dyndały się w rytm ich kroków, i to bez owego napoju. Podprowadziła ich do mnie i ruchem ręki nakazała zatrzymać się. Sama podeszła do mnie, skłoniła się usłużnie, pocałowała w główkę mojego naprężonego kutasa, a następnie przytknęła go do czoła. Ruchem ręki pokazała im, żeby zrobili to samo. Stali w bezruchu, nie wiedząc, co mają zrobić.

– Podejdźcie – powiedziałem – i zróbcie to samo, co ona.

– No wiesz – odezwał się mój kolega – mam cię całować w kutasa?

– Jeśli chcesz tu nadal być i korzystać z tych dobrodziejstw – powiedziałem – to musicie to wszyscy zrobić.

– To nasza tradycja – wtrąciła Kupinda – a tym samym okażecie szacunek dla wodza wioski, który pozwolił wam na pobyt tutaj i na spełnienie waszych zachcianek i marzeń… i to natychmiast – dodała głosem nie znoszącym sprzeciwu.

Pierwszy ruszył się mój kolega – podszedł i zrobił dokładnie to, co przed chwilą ich przewodniczka, następny był ten, któremu kutas w ogóle nie sterczał, więc to na pewno ten gej, pomyślałem. I to on właśnie z największym namaszczeniem i uczuciem zrobił ten powitalny gest, a kiedy odchodził ode mnie widziałem, że jego członek nieco urósł i stwardniał. Pozostałym nie pozostawało nic innego jak iść w ślady poprzedników i odbębnić tę krępującą dla nich, jak myślę, ceremonię. Siedzący obok mnie wódz wioski mężczyzn przypatrywał się temu z zaciekawieniem, a kiedy moi „goście” zostali odprowadzeni przez Mguwę w pobliże ogniska nachylił się do mnie i rzekł:

– Całkiem niezły jest ten facet dla nas… będziemy go dupczyć dniami i nocami, że zapamięta to na całe życie.

– No ale chyba jemu też dacie możliwość zanurzenia kutasa w jakiejś dupie?

– Oczywiście, ale najpierw go wykorzystamy…

– Tylko nie zróbcie mu krzywdy… przywiózł wam sporo prezentów.

– Napoimy wywarem, sam będzie chciał, już ja się o to postaram.

– Ale pamiętaj, co obiecałeś – rzekłem mu na odchodne, bo zbierał się do drogi powrotnej z nowym nabytkiem.

Tymczasem Mguwa podawała każdemu z przybyłych „magiczny” napój, a siedzące wokoło nich kobiety podsuwały im jedzenie. Widziałem, że nie bardzo chcą jeść więc podszedłem do nich i powiedziałem:

– Jedzcie, nie jest to hotel pięciogwiazdkowy, ale wszystko jest czyste i naprawdę dobre… wiem, że już się wam pali do tego, żeby zanurzyć kutasy w jakichś cipkach, ale najpierw, jak już zjecie, oprowadzę was po wiosce i opowiem, co i jak jest tutaj tolerowane i uważane za normę.

Kiedy już coś tam zjedli, a nie szło im to za bardzo, zabrałem ich na wycieczkę po wiosce. Towarzyszyła mi Kupinda oraz naturalnie Mguwa. Szliśmy pośród chat, a ja tłumaczyłem im jakie panują tu zasady, co im wolno, czego im nie wolno i jakie za to ponosi się konsekwencje. Uczulałem ich, żeby nie ruszali młodziutkich dziewcząt, chociaż one także miały oczywistą ochotę na seks, dzieci i tych kobiet, które na to nie wyrażają zgody. Przestrzegłem ich, że za seks z dziećmi i dziewczętami, które nie przeszły jeszcze obrzędu defloracji grozi im obcięciem przez Mguwę ich sprzętu, i to totalnie, przy samej skórze. Spojrzeli z przestrachem na nią i miałem ubaw po pachy widząc ich nietęgie miny. Widziałem, jak ich to zszokowało i zmroziło, natomiast Kupinda miała niezłą zabawę słuchając mojej tyrady, bo doskonale wiedziała, że ich straszę. Powiedziałem im, że jeśli siedząca na progu chaty kobieta nagle klęka na progu i wypina tyłek w ich stronę, to nie znaczy to, że ma ich gdzieś, tylko że ma ochotę na solidne rżnięcie. Ta opcja podobała im się najbardziej. Oczywiście podczas przechadzki pośród chat ja sam parokrotnie „zamoczyłem” swojego kutasa w wystawionej na to cipce, jednocześnie chcąc im pokazać, jak zachowują się kobiety „z chcicą”.

Im nie pozwoliłem na to, by sami skorzystali z tego dobrodziejstwa. Było umówione z Mguwą, że to ona pierwsza wypróbuje każdego z nich i powie mi, czy się nadają. Wiedziałem, że po prostu starej czarownicy chce się także rżnąć, więc czemu miałbym ją pozbawiać tej przyjemności. Sam musiałem także czasami pozwolić Mguwie „pojeździć” na moim członku. Poza tym, chciałem, żeby przybysze z cywilizacji, zobaczyli, co ja sam przeżyłem w wiosce i że nie tylko młode tutaj chcą się pieprzyć na potęgę.

Wróciliśmy do środka wioski, do płonącego ogniska, nad którym smażyło się przyniesione w darze przez wodza mężczyzn mięso. Na ich przybycie zaplanowałem tańce młodych i starych kobiet. Kiedy się porządnie ściemniło, bębenki zaczęły wystukiwać rytm, co było sygnałem do tańców. Podeszły kobiety młode i stare, z małymi, dużymi i wielki biustami, wysmarowane olejkami, tak że połyskiwały w świetle ogniska zaczęły przytupywać i poskakiwać w rytm bębenków. Ich piersi podskakiwały to w górę, to w dół, kucały od czasu do czasu, ukazując siedzącym gościom swoje rozwarte szparki, prezentując podniecone i wystające łechtaczki, u niektórych mięsiste wargi sromowe zasłaniały widoczne łechtaczki, ale i tak widziałem, że na przybyszach ten taniec powodował wzwody. Siedzieli, patrzyli na pokazywane od przodu lub od tyłu ociekające śluzem cipki, bo kobiety wypinając się w ich stronę bezwstydnie rozszerzały dłońmi pośladki ukazując w całej okazałości swoje potrzebujące solidnego ruchania szparki. Siedzące na kłodach kobiety, które nie uczestniczyły w tańcu, zabawiały się ze sobą wzajemnie lub same ze sobą, wpychając po trzy lub cztery palce w cipkę swoją lub współtowarzyszki, tarmosząc za wystające spomiędzy warg łechtaczki, co rusz oblizując z zadowoleniem wyjęte ze szparek palce. Nawet matki, które trzymały przy piersi i karmiły swoje dzieci były zadowalane przez młode kobiety, które jeszcze nie przeszły inicjacji. Paru starszym kobietom owe młode dziewczęta wpychały do cipek całe dłonie ruchając je tym sposobem i to tak, że zą ich śluz spływał im do łokci. Gościom nie dane było dzisiaj żadnej kobiety przerżnąć. Po tańcu musieli iść spać z obietnicą, że jutro nastanie dla nich ów dzień.

Na następny dzień przed południem Mguwa przyprowadziła gości do ogniska. Siedziałem i obserwowałem, co zaplanowała Mguwa dla nich na inicjację ich pobytu tutaj. Po kolejnej czarce owego napoju Mguwa kazała im położyć się na przygotowanych łożach (łożach he he he, to za wykwintne określenie, bo to były sklecone z paru belek kozetki, tak że nogi zwisały im poza nie). Ponieważ układały ich młode kobiety, a także wpływ dwóch czarek napoju, każdemu z nich kutas już porządnie sterczał. Widać było, że z niecierpliwością oczekują na tę chwilę, kiedy będą mogli zanurzyć swoje pały w cipkach. Ale Mguwa przewidziała dla nich inną atrakcję. Kiedy już byli ułożeni podeszła do pierwszego z nich, pomasowała mu kutasa przez chwilę, jakby badając, czy jest wystarczająco napęczniały i gotowy do aktu. Widać nadawał się, bo podtrzymywana przez dwie kobiety siadła okrakiem na wskazującego bezchmurne niebo i palące słońce kutasa. Spojrzałem na twarz „nieszczęśnika”… minę to miał nietęgą. Spodziewał się, że dosiądzie go któraś z młodszych kobiet, a nie taka starucha z obwisłymi wargami sromowymi, wielką łechtaczką, koścista, z cyckami zwisającymi aż po samą cipkę. Miałem niezły ubaw. Kupinda siedząca obok także uśmiechała się i przyglądała z zaciekawieniem na jego, i pozostałej trójki, reakcję. Tymczasem Mguwa nie zważała na nic – podskakiwała na jego kutasie przez jakiś czas. Potem zeszła, a towarzyszące jej kobiety przesmarowały mu kutasa mazidłem, po czym Mguwa zaczęła mu najnormalniej walić konia. Wpływ napoju pozwolił jej dosyć szybko utoczyć z niego spermę, którą zabrała w dłoń, podsunęła sobie pod nos i powąchała, potem czubkiem języka spróbowała jego smaku… chwilę smakowała i kiwnęła potakująco głową w moją stronę oraz szepnęła coś jednej z kobiet, która za przytroczonej w pasie tykwy nalała mu wielką czarkę napoju i podała do wypicia. Sama zaś pozostała spermę pieczołowicie wtarła w swoją cipę, obwisłe wargi sromowe i wystającą, podnieconą łechtaczkę.

Mguwa powtórzyła ów zabieg z każdym kolejnym delikwentem i podeszła do mnie.

– Wodzu, są gotowi i mogą teraz iść do naszych kobiet.

– Dobrze się sprawiłaś Mguwo – powiedziałem. – Pokazałaś im uroki i zalety bycia w naszej wiosce i dziękuję ci.
Mguwa schyliła się przede mną, ucałowała czubek mojego kutasa i przytknęła go do czoła.

– Ale ty wodzu i tak jesteś najlepszy z nich… twoje soki są najsmaczniejsze a puli-puli najbardziej najtwardsze i z nim miałam najlepsze doznania.

– Dziękuję za pochwałę – odparłem i machnąłem miotełką na znak, że koniec rozmowy.

Goście mogli od tej chwili swobodnie przechadzać się po wiosce, zaspokajać chętne kobiety, co z ochota uczynili. Ja także miałem obowiązki – poszedłem zobaczyć, co dzieje się na naszych uprawach, oczywiście po drodze ruchając parę cipek i wpuszczając w ich wnętrze po porcji spermy. Na polach uprawnych także parę wypiętych, gorących i ociekających śluzem szparek zaliczyłem. Napój dawał mi niesamowite możliwości – kutas, który rozrósł się o parę centymetrów, a także zgrubiał znacząco w obwodzie, był ciągle gotów do wpychania w chętne cipki, jądra zaś produkowały spermę w takich ilościach, ze nie musiałem się martwić o to, że nie obdzielę nim którejś z kobiet.

Przed zmierzchem siedziałem na powrót na swoim tronie, mając wgląd na ognisko i toczące się wokoło codzienne życie. Rozglądając się wokoło nie widziałem, aby któryś z naszych gości zaspokajał którąś z kobiet. Siedząca po mojej prawej stronie Kupinda także rozglądała się i w pewnym momencie stwierdziła:

– Chyba gości przerosła sytuacja, bo nie widzę żadnego, żeby dogadzał naszym kobietom.
– Masz rację Kupindo… ja też nie widzę żadnego, a tacy byli chętni na ciągły seks.

Siedziałem sobie na tronie odpoczywając, popijając ów napój. Kupinda bawiła się moimi jądrami, a towarzysząca jej służka ssała i oblizywała mojego. Było mi dobrze i miło. Ale ten błogostan przerwało nadejście mojego kolegi. Podszedł do nas. Widać było po nim aż nadto, że jest wymęczony.

– Nie mam siły, te baby mnie zamęczą…

Siedziałem dalej nic się nie odzywając. Kolega zamilkł i patrzył na mnie i na to, co robią ze mną kobiety. Ja nie odzywałem się. Patrzył strapiony to na mnie, to na Kupindę, która po dłuższej chwili odezwała się mówiąc:

– Nie przywitałeś się z wodzem!

Jego zdziwiony wzrok spoczął na mnie, by po chwili spojrzeć na Kupindę.

– Nie przywitałeś się z szacunkiem dla naszego wodza w naszym zwyczaju.

– A jak miałbym się witać? Przecież to mój kolega.

– Ale teraz jesteś tutaj i obowiązują cię nasze zasady… chyba wódz wyjaśniał to wam!

– To jak ja mam się z nim witać?

– Tak jak witałeś się kiedy pojawiliście się tutaj pierwszy raz! To obowiązuje każdego z was, bo my tak zawsze witamy się z wodzem, ilekroć do niego podchodzimy.

Z wyraźnym ociąganiem podszedł do mnie, skłonił się, ucałował mojego kutasa, którego przed chwilą jeszcze ssała służka, a teraz wyciągnęła go z ust podając mu do przywitania, i dotknął czołem do niego.

– Nie mam siły…

– Jak się zwracasz do wodza? – przerwała mu Kupinda. – Zawsze trzeba mówić „wodzu”!!!

Zamilkł na dłuższą chwilę.

– Wodzu, nie mam już siły, te baby mnie zamęczą… i kolegów też…

– Sami tego chcieliście – odparłem i rozpostarłem się wygodniej na tronie ułatwiając służce dostęp do mojego kutasa, którego na powrót zaczęła ssać i lizać po całej długości.

– Wodzu, jak ty wytrzymujesz to ciągłe dupczenie z tyloma babami?

– Wprawa czyni mistrza… no i napój! Nie myśl, że tak od razu będziesz miał siłę przelecieć ze trzydzieści kobiet i tyleż razy spuścić się każdej do cipki, dając jej swoje soki.

– Ale… – urwał nie wiedząc, co ma więcej powiedzieć.

– Korzystaj z tego dobrodziejstwa i nie skarż się… Napij się napoju i chwilkę odpocznij, i rób to, po co tu przyjechaliście.

– Ale chuj mnie już boli od tego ruchania, wodzu!

– To idź do Mguwy, ona ma sposoby na to, żeby nie bolało.

– O co to nie, wodzu… już wolę mieć obolałego i obdartego do krwi, wodzu, niż iść do tego babsztyla…

– Nie wiesz, co mówisz – wtrąciła się Kupinda. – Poza tym, nie wolno obrażać naszej czarownicy, a tym bardziej wodza… skoro powiedział, że masz iść do niej, to wykonaj to natychmiast, chyba że chcesz mieć do czynienia ze mną! – Po czym podniosła się z siedziska i stanąwszy okrakiem nade mną jednym zdecydowanym ruchem nadziała się na mojego kutasa, którego służka nakierowała we właściwym kierunku, do końca.

Kolega stał jeszcze chwileczkę patrząc na to, co robiła Kupinda i uznawszy, iż rozmowa skończona poszedł w kierunku swojej chaty, przed którą czekali na niego pozostali współtowarzysze „seks-wakacji” i coś długo im tłumaczył… zapewne powtarzał naszą rozmowę, ale to mnie zupełnie nie interesowało, bowiem oddałem się we władanie mojej ukochanej Kupindy i jej wspaniałej, czekoladowej cipki. Objąwszy dłońmi jej sterczące cycuszki, bawiłem się nimi odbierając wszystkimi zmysłami doznania jakich doświadczałem mając nadzianą jej szparkę na mojego członka. A ta przesuwała się to w górę, to w dół ściśle obejmując go, zmieniając rytm posunięć, oddychając coraz to głośniej, pojękując cichutko gdy za mocno nabiła się na niego. Aż poczułem, jak po moich jądrach zaczyna spływać jej wilgoć, przyjemnie chłodząc rozgrzane od słońca jądra. A ona przyspieszała coraz bardziej swoje ujeżdżanie mnie aż wreszcie jej ciałem wstrząsnął dreszcz orgazmu. Gdy to poczułem ze mnie także trysnął strumień spermy uderzając o dno jej pochwy. Jeszcze wykonała parę posunięć na nim i leniwie podniosła się i usiadła obok. Służka natychmiast zaczęła oblizywać i wysysać z niego pozostałe resztki tak skutecznie, że po paru chwilach nie pozostała na nim ani kropla spermy czy śluzu Kupindy. W nagrodę skinąłem na nią i wskazałem palcem na penisa. Zrozumiała w lot – poderwała się i usiadła na nim powtarzając wszystkie czynności, które przed chwilą robiła Kupinda. Kilka minut tak nadziewała się na niego. Trzymałem ją mocno za biodra nadając tempo nadziewania się. Musiała być bardzo mocno podniecona, bo słyszałem chlupot jej śluzu i plaskanie jej warg sromowych o moje jądra. Na członku po chwili pojawiła się obficie piana, którą ubiła intensywnie pracując na moim kutasie. Nagle także zadrgała, wstrząsnęła się, chwilkę posiedziała i zeszła. Skłoniła się przede mną, ucałowała w nabrzmiały łebek i dotknęła czołem do niego. Pieczołowicie wylizała z niego wszystko to, co wyleciało z jej szparki na mojego kutasa i usiadła na powrót obok mnie. Zasłużyła sobie.

cdn.
Published by xray51
7 years ago
Loading...